Byłem na pierwszej Oazie Nowego Życia

Edward Guziakiewicz / Kwiecień 1998


T

urystyczne szlaki Beskidu Sądeckiego, a zwłaszcza Pasma Radziejowej, oraz Gorców i Pienin, a także Podhala, zapisały się trwale w mojej pamięci. Gdy przymknę powieki, oczyma wyobraźni mogę wędrować z usytuowanego nad Dunajcem malowniczego Krościenka na Lubań, na strzeliste Trzy Korony i Sokolicę, na Dzwonkówkę i Przehybę. I to bez konieczności opuszczania mieszkania i odrywania rąk od klawiatury komputera, oraz bez rozkładania mapy. Wijące się górskie dróżki i ścieżyny, które wiele razy pokonywałem z plecakiem — sam lub z różnymi grupami oazowymi — w moich wspomnieniach są rozświetlone słońcem i pełne pogody. Trudno mi nie zachłystywać się urokiem tego przyciągającego jak magnes regionu geograficznego. Z jego pięknem związała się historia ruchu oazowego, a wraz z nią losy wielu osób, które spędzały wakacje w rozrzuconych po kotlinach i zboczach górskich punktach rekolekcyjnych.więcej »


W cieniu wybitnej osobowości

Edward Guziakiewicz / Maj 1997


M

imochodem rzucone pytanie o to, czy herbata w szklance jest słodka od cukru, czy od mieszania łyżeczką, wywoływało żartobliwą wymianę zdań i prowadziło do figlarnych igraszek intelektualnych, wypełniających czas przy wspólnym posiłku — śniadaniu, obiedzie lub kolacji. Księdza Franciszka bawiły anegdotyczne skojarzenia słowne. W jego ustach kolejowy rozkład jazdy stawał się «całkowitym rozkładem jazdy». Nie dziwiło to w latach siedemdziesiątych, w których PKP nie chwalono za punktualność. Poczucie humoru nigdy go nie opuszczało, nawet w najtrudniejszych chwilach pracy kapłańskiej i apostolskiej.

Nie była to zresztą jedyna cecha jego charakteru. Snuł wizje, lecz nie dawał podstaw, by posądzać go o utopię — choć przecież często dalekosiężne, a przez to wywołujące wrażenie mało realnych. Przekonałem się o tym już w latach sześćdziesiątych, kiedy zacząłem przyjeżdżać do Krościenka nad Dunajcem na pierwsze oazy rekolekcyjne dla chłopców. Willa wznosiła się wysoko na zboczu wzgórza zwanego Kopią Górką. Ze względu na jej usytuowanie bywały kłopoty z wodą. Po obfitym deszczu także z drogą dojazdową. Pamiętam, że któregoś roku porządkowaliśmy pod okiem Księdza teren przy jednej ze ścian domu. Odrzucaliśmy kamienie. Zapowiedział, że gdy zjedziemy tu na następne wakacje, obejrzymy w tym miejscu jadalnię dla kilkudziesięciu osób. Po roku się okazało, że faktycznie wyrosła tam, gdzie ją zaplanował. Wbrew oponentom twierdził, że przed domem zostanie wykopana głęboka studnia. I wykopano ją. Nie wydawało się nam prawdopodobne, żeby kiepska i błotnista po obfitym deszczu ścieżka zamieniła się w solidną asfaltową nitkę. A jednak asfalt położono i pod samą willę po stromiźnie wzgórza mogły podjeżdżać samochody osobowe. I tak dalej, i tak dalej. więcej »


W labiryncie życia

Edward Guziakiewicz / Sierpień 2000


P

ytania o to, co zawdzięczam Ruchowi Światło-Życie i o to, jak wpłynął na mnie i moje wybory życiowe, powróciły do mnie z mocą dnia 1 kwietnia 2000 roku, gdy uczestniczyłem w uroczystości sprowadzenia doczesnych szczątków Sługi Bożego, ks. Franciszka Blachnickiego do Krościenka nad Dunajcem. Msza święta w kościele parafialnym była dla mnie prawdziwym doznaniem. Ujrzałem przed sobą nie tylko Ojca, żywego, z krwi i kości, ale i zarazem całą moją rozświetloną słońcem młodość. Uzmysłowiłem sobie, że Ruch nie tylko zorientował mnie na wartości eklezjalne, których poza nim zapewne nigdy bym nie odkrył, ale i wręcz niezatarcie wpisał się w moje życie. Powiem więcej: stał się jakby cząstką mnie samego. Nie ma w tych stwierdzeniach ani cienia przesady. Teraz, gdy mam już na karku pięćdziesiątkę, widzę wyraźnie, że w «górnej i chmurnej» młodości wchłonąłem w siebie to wszystko, czym żyło się na Kopiej Górce w Centrum Ruchu Żywego Kościoła, a potem Ruchu Światło-Życie. Narodziłem się tam poniekąd jako chrześcijanin i zarazem jako człowiek — i nie mogę się tego wyprzeć, tak jak stawiające pierwsze samodzielne kroki dziecko nie może się wyprzeć swych naturalnych rodziców. więcej »