Rozdział szósty
Dzień przyjazdu

W

brew pozorom dzień przyjazdu na oazę nie ma charakteru marginalnego, nawiasowego czy incydentalnego. I nie jest wcale mniej ważny od pozostałych dni rekolekcji, przebiegających pod znakiem kolejnych tajemnic różańcowych. Zlekceważony przez zespół wychowawczy, z widocznym sitem zaniedbań, opieszałością działania i brakiem właściwej organizacji, wpisałby się w pamięć uczestników jako dzień kompromitującego falstartu ekipy prowadzącej rekolekcje. Jest to czymś niedopuszczalnym.

Tego dnia moderator i animatorzy mogą z powodzeniem przetestować zdobyte wcześniej umiejętności i — jeśli tak można rzec — poddać się swoistej próbie generalnej. Zatem niejako w świetle jupiterów sprawdzić samych siebie. To godziny ich mobilizacji i weryfikacji wypracowanego poziomu przygotowania. Przyjmując i rozlokowując uczestników w punkcie rekolekcyjnym, mogą się zwykle w mig zorientować, czy wszystko układa się jak należy, czy niczego nie brakuje i czy na gmachu ich ogólnej strategii działania nie rysują się niepokojące pęknięcia. Jeżeli nieoczekiwanie odkryją, że jednak czegoś wcześniej nie dopatrzyli, powinni szybko temu zaradzić, nie przymykając na to oczu, nie umniejszając zaniedbań i nie odkładając niczego na później.


N

a oczekujących w centrum rekolekcyjnym animatorach spoczywa duża odpowiedzialność, której nikt nie jest w stanie z nich zdjąć. Przyjmują oni bowiem niejako do siebie, do swego „wakacyjnego domu”, grupę młodzieży, której mają ukazać chrześcijański styl życia i ewangeliczny system wartości. To niebagatelne i niebłahe zadanie, do którego muszą być — co zrozumiałe — dobrze przygotowani. Jeśli się do tego przyłożą, ujrzą efekty. Nie należy chyba przypominać, że powinni oni wcześniej się zapoznać z podręcznikiem oazy, tak z jego częścią ogólną jak szczegółową. Jeżeli przyjechali do ośrodka dzień lub dwa dni wcześniej niż uczestnicy, co jest zalecane i wskazane, mogą kilka godzin poświęcić na osobiste rekolekcje — na wspólną medytację, refleksję i modlitwę. Duchowy namysł nad celami i programem oazy pozwoli im uzmysłowić sobie, że są pod wodzą moderatora małą żywą wspólnotą, która ma następnie — drogą duchowego pączkowania — przekształcić się w pięć lub sześć nowych wspólnot chrześcijańskich. Mogą przeprowadzić rozmowę ewangeliczną lub ewangeliczną rewizję życia, podzielić się ze sobą swymi odczuciami, nadziejami i obawami, w zaufaniu wyznać, czego się lękają, a czego nie, co daje im pewność siebie, a co wywołuje w nich niepokój i rodzi tremę, wesprzeć się nawzajem na sobie, znaleźć wspólny język i wzmocnić łączące ich więzi.

Ostatnie dni i godziny przed rozpoczęciem oazy i sam dzień przyjazdu są dla nich czasem wytężonej pracy. Co tu dużo kryć, zajęć wtedy nie brakuje. Ośrodek musi być bowiem doprowadzony do należytego stanu, usterki usunięte, pomieszczenia zlustrowane i posprzątane, stan zaopatrzenia zweryfikowany, zakupy spożywcze zrobione, a pierwszy posiłek dla przyjezdnych na czas przygotowany i smaczny. A wszystko po to, żeby zmęczeni podróżą uczestnicy nie musieli na nic czekać i na niczym się przewracać. I żeby pojęli, że zostali przyjęci z otwartymi ramionami. Od prowadzących zależy, czy wszystko zostanie zapięte na przysłowiowy ostatni guzik — tak w kuchni jak w jadalni, tak w kaplicy jak w miejscu modlitw i szkoły apostolskiej, tak na korytarzach jak w pokojach sypialnych. Jeśli przybyli poczują się nie tylko serdecznie powitani, ale i sprawnie obsłużeni, to z całą pewnością zakonotują sobie, iż mieli szczęście natknąć się na ludzi naprawdę prężnych, pozbieranych i kompetentnych, zatem takich, których można obdarzyć zaufaniem również w sprawach duchowych.

Z jakimi kłopotami ma się najczęściej do czynienia w dniu przyjazdu, zwłaszcza na oazach ponaddiecezjalnych? Przede wszystkim chodzi o to, że nie zawsze liczba przybyłych pokrywa się z liczbą wolnych miejsc. Co zrobić, jeśli uczestników pojawi się więcej niż pierwotnie planowano? Trzeba umieć stanąć na wysokości zadania, błyskawicznie się zmobilizować, ogarnąć całość i bez wahania zmierzyć się z tym wyzwaniem, by szybko zapadły niezbędne decyzje — zmodyfikować skład grup lub zadbać o dodatkowe noclegi. Przegrupowanie nie jest specjalnie skomplikowanym zadaniem, gorzej natomiast z miejscami noclegowymi. Dobrze jest więc już wcześniej zabezpieczyć się i pomyśleć o pewnej rezerwie. Od animatorów oczekuje się w takich przypadkach operatywności. Może się zdarzyć, że będą zmuszeni przenieść się do innych pokojów czy wyrzec się pewnych wygód, na które skrycie liczyli. Źle by wypadli, gdyby kręcili nosem i sarkali, że stawia się ich wobec konieczności naprawiania cudzych błędów. Ich obowiązkiem jest bez sprzeciwu sprostać nowym wymaganiom. Nie kaprysić i nie pokazywać swego ja.


W

dniu przyjazdu powinien działać w ośrodku rekolekcyjnym punkt recepcyjny. Chodzi o to, by uczestnicy zostali zaraz po przybyciu zapisani, przydzieleni do zastępów i skierowani do właściwych pokoi. Przykry to widok — oglądanie zmęczonych podróżą przyjezdnych, siedzących na walizkach i irytująco długo czekających na osobę, która będzie władna rozstrzygnąć o ich dalszym losie. Ta bowiem gdzieś przepadła, porwana przez nurt innych absorbujących zajęć. W punkcie recepcyjnym powinien nadto czuwać ktoś operatywny i krzepki, kto zajmie się przybyłymi w następnej kolejności, zaprowadzi ich do wyznaczonych budynków i pokoi, pomoże targać torby i plecaki, a przy tym nie poskąpi pierwszych praktycznych rad i wskazań. Do pomocy w tym ostatnim zajęciu — bagażowy, to może nie najlepsze słowo — można wciągnąć tych spośród przyjezdnych, którzy pojawili się najwcześniej w ośrodku i zdążyli się w nim zadomowić.

Miłym zwyczajem jest wpinanie każdemu nowo przybyłemu w kołnierz bluzy zabawnej wizytówki — na przykład kartonowego serduszka — z jego imieniem, wypisanym kolorowym flamastrem. Pod tym względem zwykle animatorom nie brakuje inwencji. Każdy zastęp może mieć inny kolor wizytówek, bądź też inny ich kształt. Ułatwiają one porozumiewanie się w pierwszych godzinach i dniach pobytu na oazie, kiedy jeszcze przybyli nie znają się po imieniu i nie wiedzą, jak do siebie się zwracać. Podobne wizytówki mogą mieć także członkowie zespołu wychowawczego — z dodatkowo wypisaną funkcją (moderator, animator, animator muzyczny, animator liturgiczny, aprowizator i tym podobne).

Od pierwszych chwil pobytu uczestnicy winni czuć, że w ośrodku obowiązuje określony regulamin i że kładzie się duży nacisk na zachowanie porządku. Oczywiście, nie należy przesadzać i straszyć ich wojskowym reżimem. Oaza nie jest bowiem obozem dla komandosów ani pustynną szkołą przetrwania dla sił szybkiego reagowania. Tym niemniej animator już pierwszego wieczora musi zadbać o to, aby wszyscy położyli się spać o ustalonej porze, pogasili światła i zachowali ciszę nocną. Jeżeli na dzień dobry będą jakieś „luzy”, przyjezdni w mig założą, że do oazowych wymagań należy podchodzić z filuternym przymrużeniem oka i reagować na nie obojętnym, jeśli nie pełnym pogardy wzruszeniem ramion.


A

nimator ma doprowadzić w małej grupie rekolekcyjnej do wytworzenia się atmosfery żywej i autentycznej wspólnoty. Na oazy, zwłaszcza na oazę pierwszego stopnia, przyjeżdżają uczestnicy nie do końca zorientowani, czym są rekolekcje prowadzone tą oryginalną metodą. Mogą mieć zatem błędne wyobrażenia o tym, co ich czeka. Należy się z nimi liczyć i brać je pod uwagę już przy pierwszym kontakcie. Jedni będą święcie przeświadczeni, że znajdą w ośrodku rekolekcyjnym komfortowe warunki materialne i z nimi zwiążą swe wakacyjne plany, rachuby i zakusy. Inni będą uważać, że czeka ich rozkoszna laba z programem formacyjnym jako mało ważnym dodatkiem, wymyślonym tylko dla zabicia nudy. Nastawią się zatem na ogrom wolnego czasu, z którym będą robić, co zechcą. W dniu przyjazdu nie dla wszystkich uczestników będzie jeszcze oczywiste, że program oazy łączy się z wachlarzem określonych wymagań, którym będą musieli oni sprostać. Czy temu podołają? W świetle powyższego rola animatora jest ogromnie ważna. Ma dopomóc przybyłym w otwarciu się na to wszystko, co decyduje o właściwym przeżyciu rekolekcji. Pod tym względem pierwszy dzień pobytu na oazie jest najczęściej decydujący. Uczestnicy muszą okazać, że pragną szukać Boga i aprobują prawa życia we wspólnocie. I nie chodzi o to, by zdać się tylko na ślepy traf. Ich szczere „tak” jest niezbędne, aby oaza się udała. Nieliczni mogą się jednak na to nie pokusić i po zorientowaniu się, gdzie się znaleźli, powrócić do rodzinnych domów.

Oaza rekolekcyjna różni się od innych form spędzania czasu w rozgrzanym słońcem sezonie wakacyjnym i ci, którzy szczerze pragną w niej uczestniczyć, muszą zdać sobie sprawę z jej specyfiki i niezwykłości. Oaza — to nie kolonie czy obóz harcerski w górach, choć niewątpliwie jakieś cechy tych sposobów spędzania wakacji posiada. Oaza — to nie wczasy dla letników, połączone z chodzeniem do kościoła, choć i takich elementów można się w niej dopatrzyć. Jest zdecydowanie czymś więcej. To „coś więcej” powinno uwyraźnić się przed przybyłymi, aby nie mieli wątpliwości co do tego, w jaką „przygodę” się angażują. Ma to być przecież „przygoda z Bogiem” o znaczeniu, decydującym niejednokrotnie dla całego późniejszego życia. Czy się nią stanie? Pierwszy impuls w tym kierunku pochodzi od animatora. Pojawia się on tam jako świadek, który przeżył już sam oazę, przechodząc przez jej kolejne trzy stopnie, a także przez związaną z nimi formację w swej parafii, i chce zdobyte wartości zaszczepić teraz w nowym maleńkim środowisku ludzkim. Dowodzi sobą, że odkrycie Boga we wspólnocie może mieć miejsce, o ile grupa osób wewnętrznie się na to odkrycie otwiera i go pragnie.

Miłość Boga wiąże się ściśle z miłością bliźniego. Święty Jan podkreśla tę głęboką prawdę, pisząc: „Jeśliby ktoś mówił: „Miłuję Boga”, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi” (1 J 4, 20). Nie można dążyć do Boga, a jednocześnie pozostawać w konflikcie z najbliższymi, bądź też tracić z oczu ich żywotne potrzeby. Jeżeli więc uczestnicy oazy chcą zakosztować radości obcowania z „Tym, który jest” (por. Wj 3, 14), muszą stworzyć braterską wspólnotę, dając jej prym przed wakacyjnymi uciechami (film, radio, telewizja, głośne rozgrywki sportowe i inne frajdy). Animator jest pierwszym w ośrodku rekolekcyjnym, kto odsłania przed nowo przybyłymi taką właśnie perspektywę.


W

róćmy jeszcze do warunków bytowych w ośrodku rekolekcyjnym. Warto pamiętać o tym, że ten, o ile jest z głową urządzony, wcale nie zachwyca luksusowym wyposażeniem i nie zapewnia wygód, oferowanych przez okrzyczane pensjonaty i domy wczasowe w morskich lub górskich kurortach. Wyjazd na oazę nie jest wyprawą na Majorkę. Wręcz przeciwnie! Dobrze przygotowany ośrodek oazowy cechuje się skromnością wyposażenia, a warunki, w nim panujące, są — by nie popaść w przesadę — co nieco spartańskie. Ma to swoje głębokie psychologiczne uzasadnienie. Nie jest żadną tajemnicą, że pławiący się w luksusie ludzie bywają często bardzo samotni. Świat rzeczy, którymi się otaczają i które wynoszą ponad wszystko, sprawia, że pozostają zamknięci w sobie i skazani na izolację. Nierzadko też w rezultacie nie umieją spontanicznie i z oddaniem budować nowych relacji międzyludzkich. By temu przeciwdziałać, w latach siedemdziesiątych na Zachodzie zaczęto organizować specjalne kursy dla biznesmenów, mających trudności w komunikowaniu się nie tylko z klientami firmy, ale i z własnym personelem. Posłużono się techniką, zwaną metodą pełnego zanurzenia. Wymagała ona — przynajmniej na jakich czas — uwolnienia się uczestników kursu od świata luksusowych rzeczy. Nawykłych do rozkazywania przez telefon, krycia się za monitorem komputera, przebywania w dużych i wygodnych apartamentach i podróżowania prywatnymi samolotami menadżerów zbierano razem, oferując im warunki koszarowe (koce, prycze) i niejako zmuszając ich do tego, by uczyli się nawiązywać między sobą kontakty od nowa — w ciasnocie, ciągłym ocieraniu się o siebie i przy konieczności wzajemnego wspierania się w najprostszych sprawach bytowych. Oaza ma w sobie coś z tej „metody pełnego zanurzenia”. Oczywiście, ośrodek nie musi przypominać koszar dla rekrutów. Pokoje mieszkalne dla zastępów nie mają być urządzane i wyposażane na wzór cel trapistów lub kamedułów. Niezbędne prowizorium musi być jednak zachowane. Chodzi o to, by świat rzeczy (wygodne fotele, telewizory z dużym ekranem, lodówki z zimną colą, porcelanowa zastawa na stole, klimatyzacja w pokojach, baseny z podgrzewaną wodą, błyszczące chromem roboty kuchenne i zmywarki w kuchni) nie odciągał uczestników od tego, co na oazie najważniejsze — od spotkania z bliźnimi.